Pierwszy dzień lotny w sezonie. Wczesnym rankiem spaceruję wokół lotniska, gdy moją uwagę przyciąga cichy szum liny, który może oznaczać tylko jedno: zaczęli. Kątem oka widzę ruch i podnoszę głowę, obserwując pnący się ku niebu szybowiec, ciągnięty przez wyciągarkę. Śledzę go, gdy gwałtownym ruchem wyrównuje lot, krąży spokojnie przez kilka minut, nabierając wysokości, by nagle… dynamicznie się przekręcić i wejść w korkociąg.
Z zachwytem oglądam ten niespodziewany pokaz akrobacji, podczas którego jedna figura płynnie przechodzi w następną. Po pionowym piruecie w dół szybowiec sunie bokiem przez powietrze, znów nabierając wysokości, po czym zadziera dziób. Wytraca prędkość, ślizga się na ogon, obraca, mknie pod chmurą i wyrównuje lot. Jego długie, smukłe skrzydła tną powietrze z gracją, emanując wolnością – samymi będąc, w istocie, symbolem wolności. Obserwuję szybowiec i kontempluję, że jest niczym żywe stworzenie, które wyrwawszy się w końcu z jarzma ciasnego hangaru i odzyskawszy skrzydła po zimie spędzonej w bezruchu, napawa się wolnością, grasując po przestrzeni niepojętej dla ludzkiego umysłu. Choć wiem, że to piloci wprawiają go w ruch i czerpią przyjemność z lotu, nie widzę ich ani o nich nie myślę; zamiast tego utożsamiam się z szybowcem samym w sobie, marząc, by wyrosły mi skrzydła i bym mogła do niego dołączyć.
Ale niestety, politechniczne wykształcenie po krótkiej chwili sprowadza moje myśli na przyziemne tory. Uświadamia mi, że ten tylko pozornie żywy szybowiec jest niczym więcej, jak dokładnie wyliczoną mieszaniną drewna, metalu i plastiku; zimną skorupą kryjącą starannie poskładane dźwigary, sworznie i śruby. Oczami wyobraźni widzę, jak poddawane kolejnym naprężeniom podczas wykonywania figur akrobacyjnych pracują, przenosząc obciążenia zginające, tnące, rozciągające i ściskające, a żaden manewr, któremu tak spontanicznie poddają go piloci, nie wykracza poza zakres ruchów i położeń, które kilkadziesiąt lat temu przewidział i obliczył konstruktor. Z fizycznego punktu widzenia lot ten pozbawiony jest krztyny romantyzmu, a jest jedynie suchym zestawem obciążeń, które równie dobrze mogłyby być wygenerowane w warunkach laboratoryjnych. I nawet zewnętrzny wygląd szybowca, tak atrakcyjny i przypominający zwierzę, jest konsekwencją wyliczonej optymalizacji aerodynamiki, ciężaru i wytrzymałości.
Cała ta analiza mnie smuci, gdyż skłania ku myśli, że szybowiec, którego widok sugeruje coś zgoła przeciwnego, jest bezduszny. Że to, czym w naturze napawają się ptaki, dla ludzi jest możliwe dzięki chłodnej inżynierskiej analizie, a urządzenia latające są niczym więcej, jak jej owocem. Że lot, który obserwuję, można przedstawić na kartce papieru w postaci zestawu rysunków i równań.
Jednak mimo swego wykształcenia, odmawiam postrzegania lotnictwa w tak zimny sposób. Wolę myśleć, że w tym wszystkim kryje się coś głębszego, górnolotnego. Bo inżynierem jestem jedynie na papierze, a z charakteru jestem jednak romantykiem.
Człowiek od wieków obserwował ptaki i im zazdrościł. W końcu, by samemu latać, sprowadził latanie na płaszczyznę techniczną. Fakt, wiele pionierskich konstrukcji było dosłownymi odwzorowaniami ptaków, jednak w większości były to konstrukcje pokraczne, kanciaste i dziurawe. Lubię wyobrażać sobie, że wraz z rozwojem techniki lotniczej, opływające je coraz szybciej powietrze samoistnie, na kształt erozji, wygładziło je i wyszczupliło. Lubię też myśleć, że uzyskana w ten sposób zaskakująca naturalność jest dowodem na to, że lotnictwo posiada własną, dziewiczą duszę. Bo choć ludzkość w swym rozwoju konsekwentnie oddala się od przyrody, wyniki chłodnych, dokonywanych przez coraz to bardziej zaawansowane techniki obliczeń, są nieubłagane – statki powietrzne muszą przypominać ptaki, by były dobre.
Lecz wart odnotowania jest też sam fakt, że człowiek w ogóle zwrócił myśl techniczną w kierunku lotnictwa. To widać w naszym środowisku na co dzień: próżno szukać inżynierów lotniczych pozbawionych marzeń, przerodzonych w pasję, która doprowadziła ich do tego zawodu. Zaś wśród szeroko pojętych lotników znajdziemy ludzi reprezentujących całą gamę światopoglądów i profesji: od artystów i humanistów, przez przedsiębiorców i polityków, po naukowców i inżynierów. Wszystkich ich łączy, mniejsza lub większa, cząstka duszy romantyka. Właśnie oni tworzą i eksploatują lotnictwo, nadając mu jego autonomiczną, unikatową osobowość.
Moje przemyślenia wieńczy optymistyczny wniosek, że samoloty i szybowce mają w istocie własną duszę, którą tworzą dwie składowe (znów przemówił przeze mnie inżynier). Po pierwsze: silniejsza od bezwzględnej przemysłowej utylitarności siła natury, której dziewicze piękno okazuje się zarazem technicznie najkorzystniejsze. Po drugie: wszyscy ludzie, którzy taki szybowiec narysowali, zaprojektowali, obliczyli, zbudowali, przetestowali, a teraz go pilotują. Bo ich wszystkich, nieważne jak przyziemne mają zajęcie, łączą wspólne marzenia i pasja.
Komentarze
Prześlij komentarz