Kultowy zwłaszcza dla awiatorów film „Top Gun” początkowo w mojej pamięci się nie zapisał. Więcej nawet, wbrew powszechnemu zachwytowi po prostu mi się nie podobał. Nie wykluczam, że to wina „rozpieszczenia” współczesnymi widowiskowymi, tworzonymi pod ekran kinowy obrazami (chociaż starszymi produkcjami też potrafię się zachwycić), a już na pewno miał swój wpływ fakt, że lotnictwo wojskowe zwyczajnie mnie nie kręci. Zajeżdżone we wszelkich innych mediach i przeróżnych kontekstach piosenki pochodzące z „Top Guna” we właściwym filmie mnie żenowały, poza tym jako dziewczynę zniesmaczył mnie ukształtowany w nim obraz stereotypowego pilota. Wysportowani młodzieńcy, postawa boga, kultowe okulary typu „awiatory”, motocykle, kobiety… (Nawiasem mówiąc, w szkołach lotniczych krzywo patrzą na adeptów noszących „awiatory”, czy też Ray-Bany. Uważajcie.) Przed wyprawą do kina na nowego „Top Guna”, który też z góry uznałam za niepotrzebnie odgrzany kotlet dla wygen...